Walka w Grodzie Kraka

W mojej pamięci maratony Krakowskie raczej kojarzyły się z nie wymagającą trasą i miłą atmosferą jednak za każdym razem kiedy docierałem na metę mój organizm był skrajnie wyczerpany a ja mocno zdziwiony ! Nie wspomnę o zmaganiach w poprzednim sezonie właśnie w Krakowie kiedy warunki pogodowe spowodowały, że ukończyłem jeden z najcięższych startów w mojej karierze ;-)
W tym roku powiedziałem sobie, że nie dam się znowu zaskoczyć i temat zostanie głębiej niż zwykle przemyślany. Pogoda znowu nie dawała jednoznacznej odpowiedzi na jakich oponach wystartować ale w końcu padła decyzja i jedziemy. Od startu czułem się bardzo dobrze a interwałowy charakter trasy jak nigdy mi odpowiadał więc trzymałem się dzielnie mimo coraz to mocniejszych ataków konkurentów. W końcu nasza grupka czołowa rozerwała się po zjeździe w Wąwozie Kochanowskim gdzie każdy zaliczył „glebę”. Najszybciej pozbierał się Bartek i Wojtek a ja z Bogdanem z niewielką stratą jechaliśmy już razem. W pewnym momencie zaczął dopadać mnie kryzys który był wynikiem mojego małego zainteresowania batonami i żelami które wiozłem beztrosko w kieszonce. Kiedy starałem się naprawić swój błąd było już za późno i praktycznie stanąłem w miejscu. Kiedy tak sobie podróżowałem w wycieczkowym tempie w końcu dopadł mnie Przemek i mimo usilnych prób wspólna jazda nie trwała długo. Jednak cały czas próbowałem odbudować poziom cukru i wrócić do tempa wyścigowego i nawet powoli wydostawałem się z mroku kiedy niespodziewanie na około 15 km przed metą złapałam gumę. Niestety moja nieporadność i brak treningów doprowadziły do sytuacji w której mój serwis trwał całe 8 minut mimo wyposażenia mnie przez sponsora w nabój CO2 firmy SKS ! Reszta jazdy to pogoń za utraconym w trakcie serwisu drugiem miejscem w klasyfikacji M3 jednak bez skutecznie. W każdym razie po dobrym początku i średniej końcówce oraz defekcie dotarłem do mety na 6 miejscu OPEN i 3 w kategorii M3.